Główną bohaterką „Sissy” jest... Sissy (ale woli „Cecilia”) – młoda Australijka, która cierpi z powodu niskiej samooceny. Podbudowuje ją sobie dzięki obserwowanemu przez 200 tys. osób kontu na Instagramie. Tam kreuje inną siebie: pewną, uważną, skupioną na swojej kondycji psychicznej i na pomaganiu innym. Ten koronkowo utkany wizerunek Sissy okazuje się kruchy jak marcepan.
Pewnego dnia dziewczyna zostaje zaproszona przez dawną najlepszą przyjaciółkę na wieczór panieński w odizolowanej od świata australijskiej gęstwinie. Początkowo Sissy nie bardzo ma ochotę jechać. Przeczuwa bowiem, że ponowne spotkanie obudzi stare demony. I nie myli się. To, co miało być przyjemnym weekendem na łonie natury, zamienia się w krwawą jatkę. Tak makabryczną, że aż groteskową. I tak trzymającą w napięciu, że w czasie seansu nawet nie przyjdzie wam do głowy zerknąć co tam dzieje się na Instagramie.
W „Sissy” sugestywna przemoc przeplata się z cukierkową rzeczywistością, a okrzyki przerażenia – z odgłosami powiadomień płynących z Instagrama. To zabójcze połączenie, które sprawia, że film jest jazdą bez trzymanki. I bolesną – choć momentami też strasznie zabawną – kpiną z naszej obsesji na punkcie mediów społecznościowych i pustych sloganów na temat zdrowia psychicznego.