Gdyby ktoś nie sprawdził nazwiska reżysera filmu, wskazałby pewnie Terrence’a Malicka. Debiutujący w tej roli A.J. Edwards w istocie jest wiernym uczniem swojego mistrza, z którym współpracuje od blisko dziesięciu lat. Podobna niespieszna narracja, mocno wystylizowane ujęcia, rozbudowany komentarz zza kadru. Wszystko to, co tak dobrze znamy z twórczości autora Drzewa życia , pojawia się i w filmie Edwardsa. W tej estetyce młody reżyser postanowił przedstawić dziecięce, najmniej znane lata życia Abrahama Lincolna, przenosząc akcję do Indiany roku 1817. O późniejszym amerykańskim prezydencie dowiadujemy się przede wszystkim z opowieści, jaką spokojnie i miarowo snuje jego kuzyn Dennis. W rzeczywistości to w równej mierze film o Lincolnie, co o jego najbliższych. Dwóch kobietach, które miały na niego największy wpływ – przedwcześnie zmarłej matce i opiekującej się nim po jej śmierci macosze. Potwierdzeniem tego są słowa Abe’a otwierające film Edwardsa: Wszystko to, czym jestem, zawdzięczam mojej anielskiej matce.