W swoim ostatnim filmie kurdyjski reżyser Taha Karimi powraca do tematu ludobójstwa, jakiego iracki reżim dopuścił się na Kurdach pod koniec lat 80. XX wieku. W wyniku operacji Anfal zginęło wówczas około 100 tysięcy Kurdów, a być może ofiar było jeszcze więcej (iraccy prokuratorzy mówią o 182 000). Jakby na przekór ciężarowi tematu, film Karimiego zachwyca wysmakowaną formą, przywodzącą na myśl najlepsze lata irańskiego kina. Każde ujęcie jest tu dopracowane w najdrobniejszych szczegółach, każdy kadr skomponowany niczym obraz, który trudno będzie zapomnieć. Bo 1001 jabłek to film o pamięci, ale i próba nadania tej pamięci nowego wymiaru. Bohaterowie filmu skarżą się na to, że świat nie chce wiedzieć o ich tragedii. Być może trzeba o niej mówić w zupełnie nowy sposób. W filmie Karimiego świadectwa ocalałych z masowych grobów przykuwają uwagę widza nie tylko swoją treścią, ale i formą, a bardzo oszczędne wykorzystanie materiałów archiwalnych jeszcze mocniej podkreśla ich siłę. Uwagę zwraca również sposób wykorzystania elementów scenografii czy strojów, kojarzący się bardziej ze sztuką współczesną niż dokumentem. 1001 jabłek to film o pamięci, ale i przebaczeniu. Tytułowe jabłka nabijane goździkami posłużą najpierw jako elementy scenografii, podkreślające niektóre detale historii, by w finale stać się symbolem pojednania. Wielka szkoda, że 1001 jabłek to ostatni film Tahy Karimiego. Reżyser zginął w wypadku samochodowym w maju tego roku. (kw)