Mówią na siebie „lot lizards”, bo tak potocznie określa się ich w USA. Są grupą sex-workersów, zarabiających na życie szybkim seksem w obskurnych toaletach, we wnętrzach pachnących potem ciężarówek, w niedoświetlonych pokojach taniego motelu. Ich świat skurczył się do postoju dla samochodów, gdzieś tam na amerykańskich bezdrożach, skąd wszędzie jest daleko, a najdalej do spokojnego, stabilnego życia.
Sadie, Riley, Levi i Liv traktują swoje ciała użytkowo, a seks za pieniądze to dla nich najprostszy sposób na przeżycie. Codziennie narażają się na niebezpieczeństwa, ale czuwają nad sobą nawzajem w imię przyjaźni. Kiedy w toaletach na parkingu dla ciężarówek odkrywają zmasakrowane ciało jednego z kierowców, dociera do nich, że gdzieś w pobliżu czai się szaleniec. Morderca najpierw pozbawia życia płacących za seks klientów, ale z czasem obiera sobie za cel także i sex-workersów. Zatem gdy na parkingu znajdują niewinną Remy, uciekinierkę z religijnego kultu, postanawiają się nią zaopiekować.
„Candy Land” to krwawy horror nawiązujący do tradycji kina exploitation i amerykańskich slasherów z lat 70. i 80. Podobnie jak najsłynniejsze produkcje z tego nurtu, też bierze na warsztat ważny społecznie temat – w tym wypadku jest to problem prostytucji nastolatków i młodych ludzi w USA – i opowiada o nim w konwencji krwawej jatki. Jest brutalnie, krew leje się strumieniami, a film pokazuje to wszystko od środka. Czasami widz może mieć wrażenie, że jest za blisko. Kamera nie odwraca się od sugestywnych scen śmierci, a wręcz przeciwnie – robi długie zbliżenia na jej paskudne oblicze.