Granica USA z Meksykiem. Strażnik graniczny Angel Waters wyławia z rzeki nielegalnego imigranta. Przekonany, że ten nie żyje, pakuje ciało do czarnego worka, zasuwa zamek błyskawiczny. Ale mężczyzna nagle się budzi. A życie Angela i dwójki innych strażników zamienia się w koszmar.
„Deadland” to ponury thriller, w którym pytania o człowieczeństwo i moralność są tak samo ważne jak rosnące z minuty na minutę napięcie. Jest tu też nieco realizmu magicznego, dramat rodzinny (Angel ma zostać ojcem, wciąż zastanawia się nad tym, czy pojednać się z własnym) i mocno zarysowane tło polityczne. Reżyser filmu, Lance Larson, tłumaczy, że na pomysł realizacji „Deadland” wpadł, kiedy czytał o pierwszym pokoleniu latynoskich strażników granicznych: wewnętrznie skonfliktowanych, z bólem służących amerykańskiemu systemowi. Jego film to mroczne kino, po którym trudno się otrząsnąć. Modelowe połączenie wielu gatunków i głębszego przesłania, a jednocześnie: wciąż solidny dreszczowiec. Z klimatem zbudowanym umiejętnie przez bure kolory, zabiegi znane z kina grozy i poetycką (ale nie pretensjonalną) narrację.