„Kiepski Carter”, czyli mumblecore wciąż ma się dobrze (choć nie sam Lousy Carter)
Nie owijajmy w bawełnę: Lousy Carter (tak, Lousy, czyli „dziadowski”, to imię) jest przegrywem. Jego życiem uczuciowym rządzi chaos, zawodowe stoi w martwym punkcie (Carter prowadzi zajęcia monograficzne z „Wielkiego Gatsby’ego”, ale niejeden student ma większą od niego wiedzę o Fitzgeraldzie), a do tego właśnie dowiedział się, że cierpi na nieuleczalną chorobę, przez co zostało mu około pół roku na tym świecie. Brzmi jak przepis na solidny dramat, ale za sterami stoi przecież Bob Byington, prawdziwy mistrz amerykańskiej komedii niezależnej. I tak oto jego „Kiepski Carter” to ironicznie, pełne czarnego humoru spojrzenie na (przyspieszony) kryzys wieku średniego i wszelkie pułapki stereotypowej męskości. Na pierwszym planie David Krumholtz, prawdziwy aktorski kameleon, którego ostatnio oglądaliśmy m.in. w „Oppenheimerze”. „Kiepski Carter” to także koronny dowód na to, że mumblecore wcale nie umarło i ma się całkiem dobrze.