"Liście komeliny" opowiadają historię Fumi, kobiety w średnim wieku, która w ciągu dnia pracuje w fabryce tekstyliów, a wieczorami uczestniczy w spotkaniach grupy wsparcia. Od jakiegoś czasu mierzy się ze stagnacją i poczuciem pustki, nie znajdując ukojenia w codziennej rutynie. Gdy w jej samochód uderza meteoryt, bierze to za dobry omen – porzuca wewnętrzny sceptycyzm i decyduje się otworzyć na to, co przyniesie los. Gdy słyszy romantyczną melodię, którą wygrywa na liściach komeliny (tsuyukusy) pewien mężczyzna, postanawia, że dźwięki rośliny zostaną z nią na dłużej.
Hideyuki Hirayama, ceniony autor filmów gatunkowych, tym razem korzystając z poetyki bliższej kinu Naoko Ogigami, realizuje zanurzoną w codzienności, niespieszną opowieść o społeczności z miasteczka na Półwyspie Izu. W obiektywie Hirayamy obraz lokalności jest doprawdy kojący – reżyser obserwuje bliskie relacje, codzienną powtarzalność, kolektywne rytuały, zdawkowe rozmowy, specyficzny koloryt miejsca, w którym wszyscy się znają. Hirayama celowo wyzbywa się pośpiechu w rytmie prowadzenia narracji, a jego cierpliwe oko pozwala powoli odkrywać psychologię poturbowanych przez życie postaci, do których możemy się dzięki temu zbliżyć. Melodie komeliny zostają w głowie na długo po seansie, tak samo jak oczyszczająca energia, jaką niesie za sobą ten film.
[Tekst: Łukasz Mańkowski]