Ryoichi chciał być gwiazdą rocka. Trochę nie wyszło. Siedzi teraz w nudnym biurze, gdzie wszyscy się z niego natrząsają. W odruchu rozpaczy wywołanej beznadziejną samotnością kupuje sobie miniaturowego żółwia i nadaje mu imię Pikadon – co jest japońskim określeniem bomby atomowej. Nie spodziewa się, jak bardzo wybuchowe będą tego konsekwencje… Szalona wyobraźnia Siona Sono zdaje się nie mieć granic. Tym razem reżyser miesza konwencję kaiju eiga – japońskiego kina o monstrach atakujących miasta – z pastiszem telewizyjnych teleturniejów muzycznych i hollywoodzkich familijnych filmów bożonarodzeniowych. Dorzuca do tego sporą dawkę slapsticku, biurowy romans i trochę efektownych wybuchów. Są też ożywione zabawki i gadające zwierzęta (Sono od lat deklaruje, że jego ulubionym filmem jest "Babe, świnka z klasą" – choć tym razem najwyraźniej inspirował się też "Świąteczną zabawką" z wytwórni Jima Hensona). Wszystko przyprawione zostało musicalową oprawą – piosenki w wykonaniu Revolution Q, zespołu samego Sono, łączą japoński rock i wpadające w ucho melodie (tytułowy przebój zostaje w głowie na długo), a główny bohater pojawia się w pewnym momencie na scenie w kostiumie godnym Davida Bowie. Ekstrawagancka zabawa formą ma jednak – jak zawsze u tego reżysera – podwójne dno. Filmy o potworach w japońskim kinie zawsze kryły metaforyczny, polityczny podtekst. Tu także przygody miniaturowego żółwika stają się pretekstem do satyry na temat megalomańskich zapędów władz, przygotowań do Olimpiady 2020 i konsumpcyjnego obłędu panującego w japońskim społeczeństwie. A to wciąż jeszcze nie wszystko: w surrealistycznej, mrocznej i pełnej błyskotliwego absurdu wizji Sono każdy znajdzie coś dla siebie.