Pewien mężczyzna czołga się zakrwawiony do skrzynki pocztowej. Udaje mu wrzucić do niej list, ale szybko zostaje odciągnięty przez oprawcę bez twarzy. Koperta trafia do departamentu przesyłek zaginionych, a jego tajemnicę postanawia wyjaśnić zaprawiony w bojach oficer pocztowy. Zaczyna się totalny odjazd. „Dead Mail” to stylowy thriller retro. Jego akcja toczy się w głębokich latach 80. Obraz jest ziarnisty, zdjęcia przypominają te z detektywistycznych seriali telewizyjnych podłej jakości. Czasami jest kryminałem, czasami mrocznym i brutalnym thrillerem, w którym wydarzenia obserwujemy oczami mordercy. „Dead Mail” przykuwa do kinowego fotela od pierwszej sceny. W czasie seansu z nerwów możecie się spocić, a kilka razy zapragniecie odwrócić wzrok. Nie dlatego, że makabra leje się z ekranu, ale dlatego, że umiejętnie budowane napięcie bywa nieznośne. To tegoroczna festiwalowa perełka, która dobitnie pokazuje, że nie wielki budżet i znane nazwiska w obsadzie
czynią film, a koncertowe aktorstwo i doskonały pomysł. Kino noir w najlepszym wydaniu. Film narobił niezłego szumu na festiwalu SXSW, pokazano go również w Toronto, zebrał świetne recenzje, a z reżyserskiego duetu Joego DeBoer i Kyle’a McConaghy zrobił wschodzące gwiazdy amerykańskiego kina gatunkowego. Światła na olśniewającego Johna Flecka w naprawdę zachwycającej, ale paskudnej roli.