Oj, oj, oj... – pisała w 2017 roku autorka bloga The Art(s) of Slow Cinema, dr Nadin Mai – kolejny w tym roku mocny przedstawiciel art house'u, zbyt dobry, żeby o nim pisać. Bo szczerze mówiąc, są takie filmy, których nie da się opisać słowami. To jeden z nich. Podzielony na rozdziały o różnej stylistyce, czarno-biały, eksperymentalny esej berlińczyka Sebastiana Meza zdaje relację z podróży na poprzecinany granicami Bliski Wschód. To najpiękniejszy krajobraz, jaki widziałem w życiu – mówi reżyser – a jednocześnie najbardziej zdominowany przez wszelkiego rodzaju bariery, niemal surrealistyczny. Będziemy go oglądać przez zasieki i z wnętrza czołgu, wzdłuż muru, zza pleców, w szerokich ziarnistych panoramach i w silnie skontrastowanych zbliżeniach. Powoli – są chwile, kiedy reżyser prowadzi obraz blisko granicy ruchu. Jak konflikt kształtuje przestrzeń, jak wpływa na relacje między ludźmi? Mez daje na to pytanie gęstą wizualnie, niemal pozbawioną słów, niejednoznaczną odpowiedź.