Wszystko wygląda bardzo ładnie i harmonijnie. Piękne, świetliste, pełne zieleni mieszkanie w Tel Awiwie, a w nim Ben i jego partner Raz. Są szczęśliwi i zakochani. Planują rodzicielstwo (właśnie szukają właściwej dawczyni komórki jajowej i zdrowej surogatki), są świadomymi obywatelami i troszczą się o miejsce, w którym żyją (to imigrancka dzielnica). Tę idyllę przerywa brutalne zdarzenie, które uruchamia – niczym w procesie psychoterapeutycznym – mroczne mechanizmy głębokich uprzedzeń. Idan Haguel uważnie odsłania, warstwa po warstwie, fasadowość multikulturowości, ponure oblicze gentryfikacji, a także przezroczysty, nieuświadomiony rasizm. Podtrzymując jasną, łagodną estetykę, reżyser stawia bezlitosną diagnozę dla uprzywilejowanej klasy średniej. Choć lokalny kontekst historyczny ma tu zasadnicze znaczenie, portret zadowolonego z siebie zachodniego człowieka ma wymiar uniwersalny. Jak wytrawny terapeuta, Haguel zadaje pytania, na żadne nie dając jednoznacznej odpowiedzi.
[Karolina Kosińska]