Zrozumienie, kim był Lucio Fulci, wymaga nie tylko cierpliwości, lecz także niezwykle szerokich horyzontów. Próba przejrzenia tego rzymskiego wizjonera – kłębowiska uporu, cynizmu, samochwalstwa i łobuzerskiej zadziorności – pomaga nam także pojąć pewien sposób tworzenia i przeżywania kina – daleki od dzieł „świętych potworów” pokroju Viscontiego czy Felliniego, bardziej fizyczny, typowy dla kultury popularnej powojennych Włoch.
Kluczowy okazuje się tu właśnie głęboki sens słowa „popularny”, związany z tym, co wywoływało emocje wielkich mas podczas zbiorowego rytuału oglądania filmu, w kompletnie inny sposób niż dzisiaj. W 1971 roku w samym środku boomu na giallo Fulci – po aż 22 pełnometrażowych produkcjach: od komedii, przez erotyki, musicarelli i spaghetti westerny – realizuje swój drugi kryminał w tym nurcie. Ale reżyser nie chce gotowej recepty Daria Argenta – to nie w jego stylu. Tworzy więc opowieść wizjonerską, a zarazem realną, psychodeliczną, a jednocześnie mieszczańską, wplatając w nią elementy trashu, splatteru i gore – tak jak tylko on potrafił. Pierwsze pięć minut filmu to jedno z jego największych osiągnięć i zarazem idealne wyzwolenie całego kina giallo z okowów logiki, zdrowego rozsądku i utartych schematów. Czy warto opowiadać, co się tam dzieje? Absolutnie nie! Tego trzeba doświadczyć. „I did it my way” — tak chciał, aby napisano na jego nagrobku na jednym z rzymskich cmentarzy. Niech żyje Lucio Fulci!