„Nie widzę tu żadnej idei, konceptu, nic. Widzę tylko bezbronnych ludzi, machających mi sprzętem przed nosem” – oskarża, śledzących jego życie dokumentalistów, austriacki reżyser Peter Kern. Skromnej ekipie filmowej przychodzi się przekonać, że nieokiełznany temperament twórcy zawsze walczy o sprawowanie kontroli nad dziełem, nawet cudzym. Kern, despotyczny raptus i megaloman, a zarazem tęskniący za bliskością i szybko wpadający w rozrzewnienie pasjonat muzyki, na własnych zasadach pozwala spędzić ze sobą trochę czasu w niewielkim wiedeńskim mieszkanku ze starą meblościanką. Snuje opowieści o poznanej w kolejce na badania krowie, wspomina dziecięce wyprawy do burdelu i prowadzi dysputy o Bogu z polską gosposią. Drażniący, zabawny, wzruszający, chwilami ekshibicjonistyczny portret, ukrytej w monstrualnym ciele, ekscentrycznej osobowości świata filmu.