James Benning jest śmiertelnie chory. Mistrz filmowego minimalizmu staje przed kamerą Jona Josta, innego nestora kina niezależnego, by wcielić się w postać mężczyzny chcącego popełnić samobójstwo w obecności rodziny. Dwie byłe żony i dwóch synów muszą zmierzyć się z prośbą człowieka, o którym woleliby zapomnieć. – Chciałem opowiedzieć o czymś, co jest bliskie osobom w moim wieku: o śmierci i jej społecznym wymiarze. By dotrzeć do emocjonalnego rdzenia tematu, zrezygnowałem z konwencjonalnej narracji – deklaruje siedemdziesięcioletni reżyser. W Pojednaniu , zaskakującym spotkaniu dwóch osobowości undergroundu, ostatnią drogę bohatera Jost przedstawia za pomocą kontrastów. Długie, naturalistyczne ujęcia amerykańskiej prowincji łączy ze scenami zamierzenie sztucznymi – ustawia aktorów w teatralnych pozach i nakłada na siebie kadry, potęgując wrażenie elegijnej nierealności. W tym autorskim uniwersum, w którym za fasadą spokoju wrze od emocji, pewnie poczują się wielbiciele Odgłosów robaków... Petera Liechtiego.