„Kto to był?” – to kluczowe pytanie, które każdy klasyczny film giallo zadaje już od pierwszych scen i przeciąga je niemal do granic niewiarygodności. Tajemnicze morderstwo, ciało odkryte przypadkiem, ręka, która zabija, lecz nie wiadomo, do kogo należy. Ale ciekawość bierze górę: kto to zrobił?
Każdy fortel i każda sztuczka są dobre, by mnożyć poszlaki i rzucać kłody pod nogi, gdy widz szuka prawdy. Jednak każdy szanujący się giallo wymaga swojego grande finale: odkrycia tajemnicy. Ale Lucio Fulci miał w nosie zasady. Ba, wręcz go irytowały. Więc czemu nie rozbić tego schematu, odwracając jego mechanizmy, a jednocześnie bezczelnie zachować pozory, że ów schemat wciąż istnieje? To bardzo typowe dla tego figlarnego i zadziornego geniusza! Powiedziane, zrobione. Pięć lat po Nie torturuj kaczuszki (1972) Fulci powraca do giallo, ale porzuca gore i seks, proponując w Siedmiu czarnych nutach niezwykle intensywne, a zarazem niepokojące dochodzenie do prawdy – trop po tropie – oparte wyłącznie na wizjach. To jeden ze szczytowych momentów twórczości Lucia Fulciego, film niezwykle wyrafinowany i elegancki w swojej koncepcji. Twarz głównej bohaterki (Jennifer O’Neill), jedna z najbardziej magnetycznych w kinie giallo, staje się sama w sobie osią tej wielkiej gry – bo o grę tu właśnie chodzi: zrobić wszystkich w konia! I to właśnie był Fulci.